11.04.2019

Rozdział 6









03.12.2017, Londyn



Opieram się o framugę drzwi, wpatrując w pakującego w pośpiechu swoje rzeczy Antoine. Jak zawsze zostawiającego takie czynności na ostatnią chwilę.
Przyglądam się jego spokojnemu wyrazowi twarzy, dobrze jednak wiedząc, że to tylko stwarzane przez niego pozory. Pod postacią których, próbował ukryć swoje obawy i zdezorientowanie moimi decyzjami i wyborami, jakie zaczęłam podejmować w ostatnim czasie. 
Doskonale widziałam, jak z każdym dniem coraz trudniej było się mu powstrzymywać od zadania pytań, na które już dawno temu powinnam udzielić wyczerpujących odpowiedzi. Wciąż brakowało mi jednak na to odwagi. Bałam się, że w momencie, gdy mój narzeczony pozna całą prawdę o mojej przeszłości i często nagannym oraz egoistycznym postępowaniu, stanę się dla niego zupełnie inną osobą. Kimś obcym, kogo nigdy nie chciałby poznać.
Antoine był jedną z nielicznych bliskich dla mnie osób, której nie chciałam stracić. Przez co, postępowałam niezwykle egoistycznie zatrzymując go przy sobie. Dając tym samym złudną nadzieję, że przy moim boku zazna upragnionego szczęścia i życia o jakim od zawsze marzył, zamiast pozwolić odejść i znaleźć kogoś, kto naprawdę mu to zapewni. Kogoś, kto szczerze go pokocha i nie będzie tak wybrakowany emocjonalnie, jak moja osoba. Choć zdawałam sobie sprawę, że źle postępuję, inaczej nie potrafiłam.
Była tylko jedna taka rzecz na świecie, której wprost przeraźliwie się bałam. Mianowicie samotności, jakiej od najmłodszych lat, wręcz rozpaczliwie starałam się unikać. Potrzebowałam mieć pewność, że zawsze jest ktoś na kogo mogę liczyć i będzie obok mnie. Bez względu na wszystko. 




- Może ci pomogę? - odrywam się od swoich myśli, które od samego rana nie dawały mi spokoju. Zwracając w końcu na siebie uwagę. Od wczorajszego wieczoru, kiedy to poinformowałam Antoine o tym, że na razie nie wracam z nim do Francji. Panowało między nami uprzejme milczenie, które chyba jeszcze nigdy dotąd nie było dla mnie aż tak uciążliwe.
Nie chciałam rozstawać się z Antoine w takiej atmosferze, zwłaszcza że podczas ostatnich dni naprawdę się do siebie zbliżyliśmy. Niestety to wciąż było dla mnie za mało, aby nabrać pewności, że kiedyś będę w stanie, choćby w minimalnym stopniu odwzajemnić jego uczucia. Albo, że gdy ponownie wrócę do Lille mój depresyjny nastrój i niechęć do życia nie powędrują tam razem ze mną. 
W Londynie czułam się o wiele lepiej. Rodzinny dom i znajome miejsca, dodawały mi sił i powoli pozwalały uwierzyć, że będę w stanie raz na zawsze wyleczyć się z miłości, która nie miała prawa nigdy się narodzić. Co dobitnie uświadomiło mi przypadkowe spotkanie Aarona i jego żony przed kilkoma dniami w restauracji. Wzrok Colleen pełen nienawiści i wyrzutów skierowany w moją stronę, kolejny raz przypomniał mi, jak wiele zła jej wyrządziłam. 
Tamtego wieczoru wyzbyłam się resztek złudzeń, że dla mnie i Aarona jest jeszcze jakaś szansa. Zrozumiałam, że zbyt wiele złego się między nami wydarzyło, abyśmy mogli spróbować cokolwiek naprawić. Dlatego też dzień po dniu mozolnie uczyłam się odgradzać od przeszłości. Starając wyzbyć poczucia żalu, idąc dzięki temu na przód. Tak jak powinnam to zrobić ponad trzy lata temu. 
- Nie trzeba. Już prawie kończę - odpowiada, posyłając w moją stronę słaby uśmiech.
- To może przynajmniej wybiorę się z tobą na dworzec? - wchodzę w głąb pokoju, próbując w jakiś sposób wykazać się inicjatywą i poprawić mu nastrój.
- To chyba nie najlepszy pomysł. Wiesz, jak nie znoszę pożegnań, a już zwłaszcza z tobą - patrzy na mnie ze smutkiem wypisanym w oczach. - Naprawdę nie możemy wrócić razem? Dom bez ciebie jest strasznie pusty. - pyta z nadzieją. Wciąż łudząc się, że zmienię swoją decyzję.
- Rozmawialiśmy już o tym. Antoine, muszę ostatecznie uporać się z pewnymi kwestiami. Poważnie przemyśleć i zastanowić się nad niektórymi sprawami. Nie mogę dłużej żyć, jak do tej pory. Patrzeć, jak życie ucieka mi przez palce. Czuję, że w końcu znalazłam w sobie siłę i odwagę, aby zawalczyć o lepszą przyszłość. Proszę, daj mi jeszcze trochę czasu - siadam obok niego na łóżku, niepewnie dotykając jego dłoni.
- Ali, wiesz że zaczekam na ciebie, ile tylko będzie trzeba. Choć nie ukrywam, że to dla mnie trudne. Zwłaszcza, że nadal nie do końca wiem z czym tak naprawdę się zmagasz. Przez co, nawet nie mogę spróbować ci pomóc. Nigdy jednak z niczym na ciebie nie naciskałem i teraz też nie mam zamiaru. Poczekam cierpliwie, aż będziesz gotowa i sama kiedyś o wszystkim mi opowiesz. Wierzę, że kiedy to się stanie, będziesz miała już to wszystko za sobą i stanie się dla ciebie wyłącznie nie najlepszym wspomnieniem. Na niczym w życiu mi tak nie zależy, jak na twoim szczęściu. Dlatego jestem gotów znieść nawet największe niedogodności, jeśli tylko na twoich ustach zacznie codziennie gościć szczery uśmiech, a z oczu zniknie ten dołujący smutek, zastąpiony blaskiem jaki widywałem niestety jedynie na twoich zdjęciach z przed lat. Naprawdę jestem gotów zrobić wszystko, aby ujrzeć go na żywo - słuchając jego zapewnień, czuję jak do oczu napływają mi łzy wzruszenia. Dawno już nie słyszałam od nikogo tak pięknych słów, pokazujących jak ważna jestem dla Antoine. On był gotów zrobić dla mnie dosłownie wszystko, czego nigdy nie potrafiłam docenić. Przez to moje wyrzuty sumienia urastają do gigantycznych rozmiarów.
- Antoine, ja nawet nie wiem, co mam powiedzieć. Wiem tylko, że nie zasługuję na ciebie i nigdy nie będę zasługiwać - kręcę przecząco głową, czując jak pierwsze łzy spływają mi po policzkach.
- Mylisz się. Zasługujesz na wszystko, co najlepsze - przyciąga mnie do siebie. Zamykając w silnym uścisku swoich ramion. Bez żadnego wahania wtulam się w niego. Dając upust całej gamie przeciwstawnych uczuć, jakie mną w obecnej chwili targały.
- Nie płacz głuptasku, bo nie masz do tego żadnego powodu - ociera delikatnie łzy z moich policzków, a następnie robi pokaz całej serii głupich min, mających za zadanie rozbawienie mnie, co szybko odnosi zamierzony skutek, gdyż w końcu wybucham głośnym i niczym nie wymuszonym śmiechem.
- Tak lepiej - kiwa z zadowoleniem głową. Ponownie przytulając mnie do siebie.





- Muszę powoli się zbierać, a jeszcze nawet nie pożegnałem się z twoją rodziną - spoglądam na zegarek, uświadamiając sobie, że faktycznie do odjazdu pociągu Antoine nie pozostało wiele czasu.
- Babcia jest niepocieszona, że tak szybko nas opuszczasz - przypominam sobie o jej narzekaniach, którymi podzieliła się ze mną tuż po śniadaniu. Antoine od pierwszego spotkania z miesjca stał się jej ulubieńcem, co na każdym kroku udowadniała. Chyba nikt nie czekał na nasz ślub z taką niecierpliwością, jak ona. Uważając, że Francuz to najlepszy kandydat pod słońcem, a ja jestem szczęściarą stulecia. 
- Ja też chciałbym zostać dłużej, ale nowe zlecenia czekają. Nie każdy jest swoim własnym szefem, jak moja wspaniała narzeczona i bierze sobie wolne kiedy chce i ile chce - obrusza się żartobliwie.
- Nie każdy jest też pracownikiem jednego z najprężniej działających biur architektonicznych we Francji, zagarniającego niemal same najlepsze zlecenia - odpowiadam mu z rozbawieniem. Nie pozostając dłużna. 
- Sama też mogłabyś się nim stać. Z twoim talentem od ręki byłabyś przyjęta. Przydałby się nam ktoś z taką wyobraźnią i kreatywnością  jak twoje - nie chciało mi się w to wierzyć. Poza tym, nie byłabym jeszcze gotowa, aż w takim stopniu zaangażować się w pracę, jak wymagało tamto miejsce. Na to było stanowczo za wcześnie.
- Przestań już mi tak schlebiać - kończę ten temat. Podążamy następnie na dół, aby Antoine mógł na spokojnie pożegnać się z moją mamą i dziadkami.






- Najwyższy czas na mnie. Dbaj o siebie i dzwoń, kiedy tylko zechcesz. Choćby w środku nocy. Mam nadzieję, że święta spędzimy już razem - gdy nadchodzi czas mojego pożegnania z narzeczonym. Odczuwam spory smutek. W ostatnich dniach przyzwyczaiłam się do jego ciągłej obecności w domu.
- Ty także na sobie uważaj i nie przesadzaj z pracą, zrozumiano? - posyłam mu ostrzegawcze spojrzenie. Doskonale wiedząc, że miał skłonności do pracoholizmu. Zwłaszcza, gdy nie miał zbytniej motywacji do szybkiego powrotu do domu.
- Oczywiście - obejmuje mnie. Przez dłuższą chwilę trwamy w swoich objęciach, jak zaklęci. Obydwoje z natłokiem myśli i wątpliwości, których nie potrafiliśmy wypowiedzieć na głos.
- Kocham cię, Alice i zawsze będę na ciebie czekał. Pamiętaj o tym - Antoine wyszeptuje mi do ucha. Następnie bierze swoją walizkę i opuszcza dom. Wypowiedziane przez niego słowa, jeszcze na długo po jego odjeździe w zamówionej wcześniej taksówce rozbrzmiewają w mojej głowie. Dając nieodparte wrażenie, że doskonale zdawał sobie sprawę z moich wahań, co do naszej wspólnej przyszłości i uczuć.





- Mogę wejść? - późnym popołudniem, uchylam niepewnie drzwi od gabinetu mamy. Nie mając pewności, czy przypadkiem nie jest pochłonięta bez reszty pracą. Dla niej już od lat nie istniało coś takiego, jak dzień wolny. Nawet w niedzielę, gdy zostawała w domu i tak prędzej czy później odwiedzała swój gabinet, spędzając w nim długie godziny. 
- Oczywiście, że tak - uśmiecha się do mnie życzliwie. Zapraszając do środka. Zajmuję jeden z foteli przy biurku. Spoglądając na kilka kopert z korespondencją, które musiały zostać niedawno otwarte. - Coś się stało? - pyta, przyglądając się mi uważnie.
- Nie. Chciałam tylko trochę z tobą pobyć. Jakoś nie potrafię znaleźć sobie dziś miejsca – tłumaczę. 
- Może to z powodu wyjazdu Antoine? Ostatnio spędzałaś z nim całe dnie. Po prostu ci go teraz brakuje - mama, jak zawsze niemal od razu trafia w sedno problemu.
- Pewnie masz rację - odpowiadam niemrawo. Odczuwając jakąś dziwną pustkę. 
- Alice, córeczko nie chcę być wścibska, ale jak wam się układa? Jego przyjazd tutaj pomógł ci na coś się zdecydować? - wiedziałam, że prędzej czy później albo ona, albo dziadek poruszą ten temat. Obydwoje w końcu chcieli dla mnie, jak najlepiej. Na dodatek znali, jak nikt inny. 
- W pewien sposób tak. Nabrałam pewności, że Antoine jest dla mnie bardzo ważny i nie chcę go skrzywdzić. Jest wspaniałym człowiekiem, pewnie niemal każda kobieta skrycie marzy o kimś takim. Nie wiem tylko, czy ja także do nich należę i czy odnajdę się w naszym wspólnym życiu - nie było mi łatwo o tym rozmawiać. Dlatego też starając się ukryć swoją nerwowość. Biorę do rąk pierwszy lepszy kawałek papieru. Zaczynając się nim bawić. Dopiero po chwili orientując, że to zaproszenie na jedną z charytatywnych gal, jakich zwłaszcza w grudniu nigdy nie brakowało. - Wybierasz się? - pytam mamy, wskazując na zaproszenie. Przy okazji zmieniając temat na o wiele bardziej komfortowy.
- Powinnam, zwłaszcza że organizator to jeden z moich najczęstszych zleceniodawców. Wiesz jednak, jak nie znoszę takich przyjęć - na twarzy mojej rodzicielki, pojawia się grymas niezadowolenia. - Ale może ty miałabyś ochotę mnie zastąpić? - patrzę na nią z niedowierzaniem. Kompletnie zaskoczona tą propozycją. 
- Co takiego? - nie miałam pojęcia, skąd wziął się ten pomysł.
- To naprawdę świetne rozwiązanie. Już wcześniej mogłam na to wpaść. Zaproszenie jest na dwie osoby. Antoine mógłby ci towarzyszyć - namawia mnie. 
- Antoine nie da rady znowu pojawić się tutaj za kilka dni. Ma za dużo pracy – od razu tonuję jej entuzjazm.
- Może jednak udałoby się mu coś wymyślić. Zapytaj go. Byłabym wtedy uratowana - prosi. Ja już jednak myślami znajduję się daleko stąd. Przypominając sobie, że kiedyś podobna prośba mojej rodzicielki, doprowadziła mnie jedynie do przepłakanej łzami rozczarowania nocy i pierwszych wątpliwości, czy Aaron rzeczywiście choć przez chwilę myślał poważnie o naszym wspólnym życiu.
Gdybym tylko wtedy była mądrzejsza i dostrzegła oczywiste, być może uniknęłabym późniejszego cierpienia. 





07.04.2014





Spoglądam na skryte pod ciemnymi chmurami, wieczorne londyńskie niebo. Po raz kolejny na nowo odtwarzając swoją dzisiejszą poranną rozmowę z mamą, która jeszcze mocniej uświadomiła mi w jak beznadziejną relację się wpakowałam. Co z każdym dniem stawało się coraz bardziej odczuwalne. Choćby w tych pozornie błahych i codziennych czynnościach.
Z letargu wyrywa mnie znajomy dotyk, który jak zawsze wywoływał u mnie dreszcze i odbierał zdolność trzeźwego myślenia.
Czuję, jak dłonie Aarona oplatają moją talię, a usta podążają do szyi, składając na nich lekkie, ale bardzo przyjemne muśnięcia.
Tym razem jednak nie potrafię się poddać chwili i zapomnieć o wszystkim, co musimy poświęcić, aby przez te kilka godzin skrupulatnie skrywanych przed całym światem być ze sobą.
Nasze wspólne wieczory, które mimo że stanowiły rzadkość. Zaczynały być ogromnie schematyczne i nastawione wyłącznie na jedno. Działo się to, czego od samego początku się obawiałam. Systematycznie zanikała nasza nić porozumienia, czy długie rozmowy na wszelkie możliwe tematy. Wyjątkowość wspólnie spędzonego czasu czy naturalna czułość.
Nasza relacja zaczynała sprowadzać się wyłącznie do fizycznej przyjemności, co dla mnie było czymś nie do zaakceptowania.




- Nie mam nastroju - odsuwam się od niego, siadając na kanapie. Zastanawiając, czy nie jestem dla niego wyłącznie zwykłą odskocznią od prawdziwego życia. W ostatnich dniach, bardzo często pojawiały się u mnie takie myśli. 
- Coś się stało? - przygląda mi się z zaskoczeniem. Zupełnie nie rozumiejąc mojego zachowania.
- Nic się nie stało. Po prostu mam gorszy dzień, a moja mama ma urodziny w przyszłym tygodniu. Przez co nalega, abym pojawiła się na nich w towarzystwie tajemniczego wybranka, o którym nic nigdy nie mówię. Najzwyczajniej w świecie chce cię w końcu poznać. Powoli przestaje wierzyć, że jesteś tak ogromnie zapracowany, że nie masz nawet kilku godzin, aby wpaść na rodzinny obiad. Chyba zaczyna coś podejrzewać - nie powiedziała tego wprost, ale widziałam to w jej wyrazie twarzy. Była mądrą kobietą, dobrze znającą życie, a przede wszystkimi swoją córkę. Potrafiła też łączyć fakty. Byłam pewna, że gdyby poznała prawdę, byłaby mną bardzo rozczarowana.
- Przecież wiesz, że nie mogę tam z tobą pójść. To niemożliwe w obecnej sytuacji. Wiedziałem, że to nierozsądne, abyś mówiła swojej rodzinie, że zaczęłaś się z kimś spotykać. Za bardzo się pośpieszyłaś - mam wrażenie, że zwyczajnie się przesłyszałam.
- Słucham? Za kogo ty ich masz? Myślisz, że są tak głupi i by się nie domyślili? Skoro ciągle albo urywam się popołudniami z pracy albo wychodzę wieczorami, czasami nie wracając nawet na noc. I tak starałam się, jak najdłużej to przed nimi ukrywać - prycham rozzłoszczona. - To wszystko nie tak miało wyglądać - czułam się zupełnie bezradna.
- Mnie też nie jest łatwo. Czasami już kończą mi się wymówki, aby móc się z tobą spotkać. Nie tylko ty masz pod górkę - zupełnie nie trafiały do mnie te tłumaczenia.
- Więc przestań je stosować i powiedz w końcu Colleen prawdę. Wtedy wszystko samo się rozwiąże. Za niecałe dwa miesiące macie się pobrać. Kiedy masz zamiar odwołać ślub? Dzień przed? Ile jeszcze chcesz ciągnąc te kłamstwa? - pytam, powoli tracąc cierpliwość.
- Alice, obiecałaś że nie będziesz nalegać i poczekasz. To naprawdę nie jest takie proste, jak może się wydawać. Zbliża się koniec sezonu, chcę się skupić przede wszystkim na nim. Nie mogę wywołać teraz takiej sensacji. To odbiłoby się na całej drużynie. Daj mi czas do finału Pucharu Anglii. Po nim powiem o wszystkim Colleen. Do tego czasu wszystko musi zostać, tak jak jest teraz - wprost nie mogłam tego słuchać. 
- Mam dziwne wrażenie, że potem też tak zostanie. Aaron, jeśli szukasz sobie jedynie kochanki to czas chyba rozejrzeć się gdzie indziej, bo ja mam dosyć tej roli. Jestem nią zmęczona - mimowolnie podnoszę głos.
- Alice, doskonale wiesz, że to nieprawda. Zależy mi na tobie – dotyka mojej dłoni, którą od razu odsuwam. 
- Ja już nic nie wiem. Najlepiej będzie, jak już sobie pójdziesz. Obydwoje mamy sobie sporo do przemyślenia - chciałam zostać sama. W innym przypadku nasza rozmowa mogła przybrać, jeszcze gorszy obrót. 
- Chyba masz rację - bez żadnego pożegnania, udaje się do wyjścia. Zatrzaskując za sobą głośno drzwi. W tym samym momencie coś we mnie pęka. Wybucham głośnym płaczem, czując olbrzymi zawód. Sama nie wiedziałam, na co ja liczyłam. Mogłam się tego przecież spodziewać.
Zaczynałam mieć wrażenie, że Aaron którego poznałam i ten, z którym mam teraz do czynienia to dwie zupełnie inne osoby. Nie wiedziałam tylko, która z nich jest prawdziwa, a strach przed sprawdzeniem tego był coraz większy.






💞💞💞
07.04.2017






Zamykam drzwi od mieszkania, które dzieliłem wspólnie z Colleen. Rzucając klucze na pobliską komodę. Próbując tym samym wyładować na nich swoje emocje. Sam już nie wiedziałem, czy bardziej byłem zły na siebie czy jednak na Alice. Której nagle wszystko zaczęło przeszkadzać. 
Obydwoje byliśmy zmęczeni tym wszystkim, co odbijało się negatywnie na naszej relacji. To jednak jej nie usprawiedliwiało. Od samego początku miała świadomość na co się pisze. Tak samo, jakie konsekwencje będą się z tym wiązały. W dodatku im więcej myślałem o naszej wspólnej przyszłości, tym zaczynałem mieć coraz więcej wątpliwości i wyrzutów sumienia względem swojej narzeczonej, która podświadomie czułem, że wciąż jest dla mnie bardzo ważną osobą. 
Z każdym dniem, coraz bardziej gubiłem się w swoich uczuciach do dwóch tak różnych od siebie kobiet. Żadnej z nich nie chcąc zranić, choć było to przecież nieuniknione. To w głównej mierze dlatego, starałem się, jak najbardziej odciągać w czasie moment podjęcia ostatecznej decyzji. 




- Wróciłeś? Myślałam, że twoje spotkanie z Theo potrwa znacznie dłużej - Colleen przygląda mi się z niezrozumieniem. Odrywając od czytanej przez siebie książki. 
- Nieoczekiwanie coś mu wypadło - wzruszam ramionami, dokładając kolejne kłamstwo do swojej listy. Mój przyjaciel jako jedyny znał całą prawdę odnośnie mojego romansu. Choć nie pochwalał takiego postępowania, stawał się często moim świetnym alibi dla Colleen.
- To się nawet dobrze składa. Przynajmniej spędzimy trochę więcej czasu razem. Brakuje mi cię ostatnio. Nie chcę, abyśmy zaczęli się od siebie oddalać. Zwłaszcza nie teraz, gdy za chwilę mamy się pobrać. Nie mogę się już doczekać, wiesz? - posyła w moją stronę uśmiech, którym przed wieloma laty tak bardzo mnie urzekła. Przypatrując się jej pogodnej i rozpromieniej twarzy przez dłuższą chwilę, zastanawiam się dlaczego tak nagle i niespodziewanie moje uczucia względem niej zaczęły stopniowo się ochładzać. Przecież to wciąż była ta sama pełna dobroci i ciepła Colleen. Wspierająca mnie w najtrudniejszych momentach życia. Będąca ze mną na dobre i na złe. Co się więc z nami stało, że nagle zapragnąłem czegoś zupełnie innego. 





Pod wpływem tych wszystkich przemyśleń, przybliżam Colleen do siebie. Składając na jej ustach delikatny pocałunek, który od razu zdecydowanie pogłębia. Nie pozwalając mi się odsunąć. Przez co, tracę ostatnie pokłady samoopanowania.
Nie zastanawiając się długo, biorę ją na ręce zanosząc do sypialni, gdzie po raz pierwszy od poznania Alice, o której zupełnie w tamtym momencie zapominam. Spędzamy ze sobą wspólną i namiętną noc, której konsekwencje miały niedługo nieodwracalnie zmienić nasze życie.





Czując, że Colleen pogrążyła się w głębokim śnie. Wstaję po cichu z łóżku z narastającą falą poczucia winy i wyrzutów sumienia. Dopiero po fakcie dotarło do mnie, co takiego zrobiłem. Nie dość, że notorycznie zdradzałem swoją narzeczoną. To teraz czułem się tak, jakbym zdradził również Alice. Świadomość tego była naprawdę fatalna. Wiedziałem, że dziewczyna nigdy by mi tego nie wybaczyła. 




Układając się na niewygodnej kanapie, nie potrafiąc zostać tej nocy przy Colleen. Biorę do ręki swój telefon. Wysyłając do Alice wiadomość ze szczerymi przeprosinami. Zastanawiając się czy bardziej dotyczyły one naszej sprzeczki, czy może tego, co wydarzyło się pomiędzy mną o Colleen. Mając nadzieję, że nigdy się o tym nie dowie.




05.12.2017




Wchodzę do domu, przygotowując się psychicznie do kolejnego trudnego popołudnia. Spędzonego zapewne w pełnej wyrzutów ciszy i napiętej atmosferze, jaka panowała między mną a Colleen od kilku dobrych już dni. Od czasu ostatniej kłótni i jej żądań, które dla mnie były czymś nie do zrealizowania, przynajmniej nie w najbliższej przyszłości. Traktowała mnie niczym powietrze, odzywając się wyłącznie w ostateczności. Nadal uparcie twierdząc, że wcale nie zakończyłem swojego romansu z Alice i trwa on w najlepsze. Nie trafiały do niej żadne argumenty.
Wolałem więc także milczeć i spędzać, jak najmniej czasu w domu. Często zostając po treningach w założeniu, aby poprawić swoją aktualną dyspozycję.




- Tatusiu, ja nie chcę do dziadków! Nie bez ciebie. Przecież zawsze jeździliśmy do nich razem - słyszę pełen buntu głos syna. Wtulającego się mocno w moje ramiona, gdy tylko pojawiam się w zasięgu jego wzroku. 
- O czym ty mówisz? - pytam, kompletnie zdezorientowany. Nic z tego nie rozumiejąc.
- Mamusia kazała mi wybrać ulubione zabawki, a teraz pakuje nasze rzeczy, ale twoich nie. Powiedziała, że musimy zobaczyć się z dziadkami, bo dawno tego nie robiliśmy i są smutni - zamieram w jednym miejscu. Nie mogąc uwierzyć, że Colleen naprawdę zamierzała wyjechać z Sonnym do jej rodziców. Bez uprzedniego poinformowania mnie o tym. 
- Obejrzysz teraz bajkę, a ja porozmawiam z mamą, dobrze? -proszę go. Musiałem wyjaśnić tą absurdalną sytuację.
- Dobrze. Ale, dlaczego mama ciągle jest smutna i już ze sobą prawie nie rozmawiacie? Nie bawimy się razem, ani nie oglądamy wspólnie bajek. Ja tak nie chcę! Nie kochacie się już? Tak samo, jak rodzice Willa? - zadane przez Sonniego pytanie wprawia mnie w osłupienie. Nie miałem pojęcia, co mam mu odpowiedzieć. Sam nie znając dokładnej odpowiedzi na to pytanie.
- Oczywiście, że nie. Po prostu dorośli czasem się na siebie złoszczą i wtedy muszą trochę od siebie odpocząć. Tak jak teraz my z tatą. Niedługo wszystko jednak wróci do normy - w odpowiedzi wyręcza mnie Colleen. Pojawiająca się przy nas. 
- I pójdziemy razem do parku nakarmić kaczki? - Sonny nie odpuszcza, żądając jasnej odpowiedzi. 
- Pójdziemy, obiecuję - zapewniam go tym razem ja - Teraz jednak zmykaj na bajkę - kiwa posłusznie główką. Idąc do salonu, skąd chwilę później dobiega nas głos znanej mi na pamięć kreskówki. 





- Musimy poważnie porozmawiać, Aaron. Chodź na górę - na twarzy Collen wypisana była dawno nie widziana determinacja. Co nie zwiastowało niczego dobrego. 
- Powiesz mi, co tu się w ogóle dzieje. Dlaczego dowiaduję się ostatni o waszym wyjeździe? Nie sądzisz, że powinniśmy wspólnie o tym zdecydować? - wskazuję na dość sporych rozmiarów spakowaną walizkę.
- Decyzję podjęłam dopiero dziś rano. Ja już dłużej tak nie mogę. Muszę nabrać dystansu, przemyśleć sobie wszystko. Ty także musisz się w końcu na coś zdecydować. Nie możemy dłużej krzywdzić Sonnego taką atmosferą w domu. On nie może cierpieć przez nasze wybory. Ta rozłąka się nam przyda. Odpoczniemy od siebie i zastanowimy nad tym, co dalej - choć wiedziałem, że to najlepsze rozwiązanie w obecnej sytuacji. Nie wyobrażałem sobie, że za chwilę może ich tutaj zabraknąć.
- Na ile masz zamiar wyjechać? - do tej pory nie rozstawałem się z Sonnym na dłużej niż kilka dni. Dlatego już teraz wiedziałem, że tęsknota za nim będzie ogromna. 
- Tydzień może dwa. Mam nadzieję, że tyle czasu nam wystarczy. Aaron, wiesz że teraz wszystko zależy od ciebie. Ja zaakceptuję każdą twoją decyzję. Nie mam zamiaru dłużej walczyć, ani o nasze małżeństwo, ani o ciebie. Nie mam już na to zwyczajnie siły. Czas na twój ruch. Dla mnie najważniejsze jest teraz dobro naszego syna – patrzy na mnie z rezygnacją w oczach. Jak gdyby pogodziła się z porażką. Los całej naszej trójki zależał ode mnie. Co było ogromną odpowiedzialnością, z którą będę musiał się zmierzyć. Liczyłem jednak, że tym razem wybiorę dobrze.

4.03.2019

Rozdział 5



26.11.2017, Londyn







Z delikatnym uśmiechem błądzącym mi po ustach. Przemierzam kolejne doskonale mi znane i niemal jak zawsze zatłoczone ulice Londynu. Pokazując i opowiadając narzeczonemu o moich ulubionych miejscach w mieście. Zdradzając niekiedy liczne anegdotki na ich temat, które lata temu poznałam od dziadka, a o jakich można było tylko pomarzyć w dostępnych przewodnikach. Czemu Antoine przysłuchiwał się z niespotykaną często u niego ciekawością i zainteresowaniem. Chcąc dzięki temu, dowiedzieć się czegoś o moim życiu, jakie wiodłam przed wyprowadzką do Lille i naszym poznaniem. O którym nigdy mu za wiele nie wspominałam, nie potrafiąc do końca się przed nim otworzyć i szczerze opowiedzieć o burzliwym uczuciu, które bezpowrotnie zniszczyło większość moich marzeń i planów na dalsze życie. To w końcu nie tak miało wyglądać, jednak los po raz kolejny udowodnił, że w mgnieniu oka potrafi wywrócić wszystko do góry nogami, 




Ku mojemu zaskoczeniu, gdy wczoraj po kilkunastu dniach naszej rozłąki. Antoine zjawił się w moim rodzinnym domu. Poczułam odrobinę szczerej i niczym nie wymuszonej radości na jego widok. Uświadomiłam sobie, że naprawdę za nim tęskniłam. Może nie jak za ukochanym, ale wyjątkowo bliską mi osobą, z którą lubiłam spędzać czas.
Od samego początku naszej znajomości, uwielbiałam rozmawiać z Antoine. Dobrze się rozumieliśmy i mieliśmy często podobne zdanie w wielu kwestiach. Poza tym godzinami mogliśmy dyskutować o architekturze czy o swoich pomysłach, które mieliśmy wdrożyć w życie w przyszłych projektach. Był moją bratnią duszą i wspaniałym człowiekiem. To wszystko, wciąż nie było jednak wystarczające, abym obdarzyła go miłością na jaką zasługiwał.
Antoine był pierwszą osobą we Francji, której udało się nawiązać ze mną jakiś bliższy kontakt. Przedarł się przez mój wieczny smutek i rozgoryczenie, które skutecznie odstraszało ode mnie inne osoby. Pomógł mi stanąć na nogi, nigdy nie próbując wymusić ode mnie powodów mojej niechęci do życia i częstych chwil załamania.
Po dzisiejszy dzień, czekał aż sama zdradzę mu jakieś na pewno nie dające mu spokoju szczegóły.
To w głównej mierze, dzięki jego cierpliwości i nieustępliwości, udało mi się jako tako pozbierać. Ożywił we mnie znikome poczucie nadziei, że jeszcze mogę ułożyć sobie życie. Nawet jeśli nie będę go wiodła u boku Aarona.
Antoine był moją jedyną ostoją i stałym punktem, dającym namiastkę stabilizacji i bezpieczeństwa. Te właśnie te znikome pokłady spokojnego życia jakie oferował, skłoniły mnie do dania mu szansy już jakiś czas temu. 





- Dokładnie tutaj, znajdował się kiedyś Highbury Stadium - staję przed zbudowanymi niedawno, zaledwie przed kilkoma laty budynkami. - Nigdy nie zapomnę, jak jako mała dziewczynka przychodziłam tu z dziadkiem. Często odliczałam z niecierpliwością dni do weekendu, aby tylko znowu poczuć tę niesamowitą atmosferę. Emirates stadium też jest wspaniałe, ale to właśnie tutaj było moje ukochane miejsce - zdradzam mojemu towarzyszowi z nostalgią spoglądając na okolicę, która już nigdy nie będzie wyglądała tak jak przedtem. 
- Nigdy bym nie przypuszczał, że jesteś fanką piłki nożnej. Dlaczego mi o tym dotychczas nie powiedziałaś? Ani razu słowem się nie odezwałaś, gdy oglądałem jakiś mecz - zastanawia się wyjątkowo zdziwiony. Ściskając mocniej moją dłoń.
- Nie było o czym. Zresztą, chyba z tego wyrosłam - wzruszam ramionami udając obojętność. Od czasu mojego wyjazdu z Londynu. Nie obejrzałam, ani jednego meczu. Zwyczajnie nie potrafiłam. Nie zniosłabym widoku Aarona i wszystkiego, co na każdym kroku by mi o nim przypominało. Wraz ze swoim odejściem, odebrał mi dosłownie wszystko. 
- Nieprawda. Alice, widzę jak z wielką pasją o tym mówisz. Ile radości ci to sprawia. Chyba jeszcze nigdy, nie miałem okazji zobaczyć cię takiej żywej. Jakbym miał do czynienia z zupełnie inną osobą. Pobyt w Londynie bardzo ci służy. Chciałbym, abyś taka była na co dzień. Radosna i szczęśliwa - przytula mnie do siebie, a następnie czule całuje. Odwzajemniając ten pocałunek, jeszcze mocniej niż zawsze pragnęłam coś poczuć, ale nic takiego się nie stało. Miałam wrażenie, że wewnętrznie jestem po prostu martwa. 
- Postaram się częściej uśmiechać - obiecuję, gdy odsuwamy się od siebie. Z nadzieją, że tej obietnicy będę w stanie dotrzymać. Od czasu ostatniego spotkania z Aaronem coś we mnie drgnęło. Ta rozmowa, choć sporo nas kosztowała w pewien sposób mi pomogła. Mimo że, wciąż było mi trudno nie budziłam się już z żalem do całego świata, odliczając godziny do zakończenia kolejnego bezsensownego dnia. Starałam się nareszcie pogodzić z naszym rozstaniem i brakiem szansy na wspólne życie. Ani przez chwilę nie łudząc się, że byłby w stanie naprawdę diametralnie zmienić dla nas swoje obecne życie i poświęcić szczęście i spokój swojej rodziny. Nie miałam pojęcia, ile mi zajmie ostateczna rozprawa z przeszłością, ale byłam tego bliższa niż kiedykolwiek wcześniej.





- Kocham cię, Alice i naprawdę chcę dla ciebie wszystkiego co najlepsze, a skoro pobyt w rodzinnych stronach ma na ciebie zbawienny wpływ to może powinniśmy częściej tu przyjeżdżać? Wystarczy, że powiesz tylko słowo. Poza tym po powrocie do domu musimy zacząć ze sobą dużo więcej rozmawiać. Ostatnio za bardzo cię zaniedbywałem - proponuje. Wiedziałam, że Antoine zrobiłby dla mnie niemal wszystko. Dlatego też nie czułam się za dobrze z faktem, że obwiniał się o moje nie najlepsze samopoczucie w ostatnich miesiącach. Podczas, gdy nie miał z nim nic wspólnego. 
- W porządku. Być może masz rację i rzeczywiście powinniśmy spędzać ze sobą więcej czasu - odpowiadam niemrawo, przypominając sobie obietnicę złożoną dziadkowi. Przez którą, wcale nie byłam taka pewna, że rzeczywiście wrócę z Antoine do Francji. Liczyłam jednak, że te kilka dni spędzone w towarzystwie narzeczonego, pomogą rozwiać mi niektóre wątpliwości i utwierdzą w przekonaniu, że spędzenie życia u jego boku jest rzeczywiście dobrą decyzją. Której nie będę później żałować. 





- Wracamy? Twoja babcia pewnie już na nas czeka z obiadem i tym wspaniałym ciastem, o ile jeszcze w ogóle zostało - rozmarza się. Zaczynam się cicho śmiać. Od samego początku Antoine był największym wielbicielem kuchni mojej babci. Nieustannie ją komplementując i zachwalając pod niebiosa. 
- O to się nie obawiaj. Babcia upiekła je specjalnie dla ciebie i nikomu nie pozwoli go tknąć - uspokajam go. Ruszając powoli w kierunku stacji metra. - Tylko z nim nie przesadź, bo nic nie wyjdzie z naszych planów - przytomnie mu przypominam. Wciąż nie wiedząc, co takiego dla nas zaplanował. Był w tej kwestii nieugięty i ani myślał czegokolwiek mi zdradzić. 
- Nie martw się. Nasz wspólny wieczór to dla mnie priorytet - obejmuje mnie lekko w talii, dzięki czemu resztę drogi pokonuję w jego objęciach.






Biorę głęboki wdech, starając się zachować spokój, gdy stajemy przed doskonale mi znanym wejściem do restauracji, która była moją ulubioną i zawsze już będę miała do niej ogromny sentyment. Głównie ze względu na spędzenie w niej kilku wyjątkowych dla mnie wieczorów w towarzystwie Aarona.
To właśnie przez to, mimowolnie podałam jej nazwę Antoine, gdy pytał mnie o szczególne dla mnie miejsca w stolicy Anglii. Nie mając pojęcia, że postanowi mnie tu zaprosić. Gdybym wiedziała, co zamierza od razu ugryzłabym się w język. Na to było już jednak zdecydowanie za późno. 
Gdy wchodzimy do środka, wspomnienia niemal od razu próbują przedostać się do moich myśli. Staram się do tego nie dopuścić, doskonale zdając sobie sprawę, że w innym przypadku czas spędzony z Antoine zamiast przyjemnością, stanie się po prostu udręką. A tego za nic nie chciałam.





- Ładnie tutaj. To miejsce ma w sobie jakiś nieodparty urok - siadamy przy naszym stoliku, rozglądając się po znajomym mi wnętrzu. Mieszaniny klasyki i nowoczesności. Połączonej ze sobą gustownymi dodatkami. - Nic dziwnego, że lubiłaś tu przebywać. Od zawsze miałaś zresztą bardzo dobry gust - uśmiechem się w stronę mojego narzeczonego. Nie mającego pojęcia, jak bardzo się mylił i jaka naprawdę historia kryła się za tym miejscem. 







05.03.2014






Po kolejnym wyczerpującym dniu pracy, jako jedna z ostatnich osób opuszczam biuro. Żegnając się przy okazji z mamą, która miała tu pozostać, jeszcze dłużej ode mnie. Koniecznie musząc wprowadzić poprawki do projektu domu jakiegoś finansisty, któremu wiecznie coś nie odpowiadało. Niektórzy klienci, byli po prostu nie do zniesienia. Jednak zdawałam sobie sprawę, że i z takimi będę musiała nauczyć się współpracować. 
Wychodząc na zewnątrz, udaję się w przeciwną drogę od tej niż powinnam. Skręcając w jedną z ulic, gdzie czekał już na mnie Aaron. Oparty o swój samochód z niecierpliwością wyczekujący mojego pojawienia. Szeroki uśmiech od razu wkrada się na moje usta. W sekundę zapominam o zmęczeniu. Nic nie było dla mnie już ważne, liczył się tylko on. 




- Nareszcie jesteś. Strasznie stęskniłem się za tobą - przyciąga mnie do siebie, całując długo i zachłannie na powitanie. Dzięki czemu, przynajmniej na chwilę zapominam o wyrzutach sumienia oraz o tym, jak źle postępujemy. 
- Przecież widzieliśmy się dwa dni temu - przytulam się do niego, chcąc nacieszyć jego bliskością. Nie wiedząc, kiedy będę miała do tego następną okazję. Nasze spotkania nigdy nie były z góry zaplanowane, nigdy też nie było ich tyle, ile bym chciała. 
- Wolałbym w ogóle się z tobą nie rozstawać. Oszalałem na twoim punkcie, panno Morris - mruczy cicho, odrywając swoje usta na moment od mojej szyi, którą obdarzał swoimi pieszczotami. Powodując u mnie uderzenia gorąca. Uwielbiałam sposób w jaki na mnie oddziaływał.





- Dokąd się wybieramy? - zastanawiam się bardzo ciekawa, gdy od dłuższego już czasu przemierzamy kolejne dzielnice Londynu. Czego późny wieczór wcale nie ułatwiał ze względu na zmorzony ruch mieszkańców. 
- Zaraz zobaczysz. Właściwie jesteśmy prawie na miejscu - rozglądam się dookoła, zauważając nieznaną mi dotąd restauracje. - Pomyślałem, że zjemy razem kolację. Na pewno od długich godzin nie miałaś nic w ustach - musiałam niestety przyznać mu rację. Podczas pracy często zupełnie zapominałam o posiłkach. Właściwie nie odczuwając głodu. Jednak w tym momencie coś innego nie dawało mi spokoju.
- Dlatego specjalnie musieliśmy wybrać się na drugi koniec miasta? No tak, byleby tylko nikt nas nie zobaczył - mimowolnie słowa opuszczają moje usta. Mimo że od samego początku wiedziałam, że tak to będzie wyglądać. Ciężko było mi się pogodzić z tym, że musieliśmy się ukrywać. Nikt w końcu nie mógł dowiedzieć się o nas. Z każdym dniem stawało się to dla mnie coraz trudniejsze. Zwłaszcza okłamywanie najbliższych, którzy byli bardzo zdziwieni moimi licznymi wyjściami w ostatnim czasie. Co wcześniej niezwykle rzadko miało miejsce. Poza tym ja marzyłam o prawdziwym związku. Chciałam móc przedstawić go rodzinie, dopingować go na meczach bez żadnych tłumaczeń, czy tak po prostu spędzić ze sobą wspólny poranek. 
- Alice, to wcale nie tak. Nie zabrałem cię tutaj, bo boję się spotkania z kimś znajomym. Po prostu to świetne miejsce, które bardzo lubię. Często spotykam się tutaj ze znajomymi - tłumaczy. Przez co, zaczyna mi być głupio.
- Przepraszam. Nie powinnam była tego mówić. Z chęcią poznam to miejsce. Chodźmy - staram się załagodzić jakoś sytuację. Nie chcąc psuć sobie naszego wspólnego wieczoru.
- Poczekaj. Wiem, że to wszystko jest skomplikowane i niekomfortowe. Obiecuję jednak, że wkrótce się to zmieni. Daj mi tylko trochę czasu, proszę - ściska moją dłoń, patrząc prosto w oczy.
- Obiecaj mi tylko, że naprawdę rozstaniesz się dla mnie ze swoją narzeczoną. Odwołasz wasz ślub. Aaron, ja muszę wiedzieć, że to co jest między nami traktujesz poważnie. Wiesz, że dla mnie nie jest to tylko romans - wolałam wiedzieć na czym stoję i czy dalsze angażowanie się w tą relację ma w ogóle jakikolwiek sens. Kochałam go, ale zanim usłyszy ode mnie te słowa, chciałam mieć pewność, że odwzajemnia te uczucia. 
- Przysięgam ci, że to zrobię. Muszę tylko rozegrać to delikatnie. Chcę, aby Colleen jak najmniej cierpiała - miałam świadomość, że narzeczona na zawsze pozostanie ważną dla Aarona osobą. W końcu znali się niemal od dziecka i przeżyli ze sobą wiele wspólnych lat. Czegoś takiego nie dało się ot tak zapomnieć i przekreślić. 
- Poczekam, ile będzie trzeba. Jeśli tylko będziemy kiedyś w końcu razem. To jest to warte każdego poświęcenia - uśmiecham się w jego kierunku. Następnie lekko całując go w policzek.
- Niedługo wszystko będzie tak, jak być powinno. A teraz chodźmy na tę kolację – zapewnia, a następnie we wspaniałym nastroju, udajemy się do restauracji. Gdzie spędzamy ze sobą cudowny wieczór.





- Zostań dziś ze mną, proszę – przytulam się mocniej do niego, czując że próbuje wstać. Tak bardzo pragnęłam zasnąć w jego ramionach, wolna od wszelkich trosk i zmartwień. Niemal, jak zawsze zwieńczeniem naszego spotkania były odwiedziny mojego mieszkania. Będące świadkiem naszych uniesień i namiętności, jaka zawsze im towarzyszyła. Jednak poza tą cielesną przyjemnością, potrzebowałam także czułości tuż po niej, o jakiej mogłam sobie na razie tylko pomarzyć.
- Ali, wiesz że nie mogę. I tak jest cholernie późno – spoglądam na zegarek, wskazujący kilka minut po północy. - Zadzwonię jutro, dobranoc – słyszę, gdy kończy się ubierać. Po czym całuje mnie na pożegnanie i wychodzi.




Dźwięk zamykanych drzwi wejściowych, przyprawia mnie o kolejne poczucie smutku i rozczarowania. Okrywając się szczelnie prześcieradłem, podchodzę do okna. Z nadzieją, że upadek moralny jaki z każdym dniem zaliczam ma w ogóle jakikolwiek sens. 




💞💞💞


26.11.2017





Z niechęcią parkuję na jednym z ostatnich wolnych miejsc na parkingu. Spoglądając na pogrążoną w myślach Colleen. Nie zwracającą na mnie uwagi. Od kilku już dni, panowała między nami napięta atmosfera. Niewiele ze sobą rozmawialiśmy, najczęściej schodząc sobie z oczu, aby tylko nie wywołać kolejnej kłótni. Wiedziałem, że to wyłącznie ja ponoszę za to winę. Nie potrafiłem jednak zmienić obecnego stanu rzeczy.
Już dawno zatraciliśmy gdzieś z Colleen nić porozumienia. Nie umieliśmy znaleźć wspólnego języka, coraz bardziej się od siebie oddalając. Z każdym dniem mieliśmy ze sobą coraz mniej wspólnego. Bałem się, że to wszystko prędzej czy później odbije się na naszym synku.
Zwłaszcza, że Alice dzielnie trzymała się przy swojej decyzji i ignorowała każdą moją próbę kontaktu z nią. Popychając mnie tym samym, niemal na sam skraj desperacji.




- Idziemy? Melanie z Theo pewnie już na nas czekają - moja żona postanawia w końcu przerwać panujące między nami milczenie. 
- Tak, chodźmy - wysiadam z samochodu. Spoglądając na świetnie znany mi lokal, w którym to mieliśmy spędzić wspólny wieczór z naszymi przyjaciółmi. Mającymi dla nas podobno jakąś radosną nowinę. Ich małżeństwo w przeciwieństwie do naszego świetnie się układało, mimo upływu lat. Czego można im było tylko pozazdrościć.





Wchodząc do środka, rozglądam się w poszukiwaniu dwójki znajomych mi osób, ale zamiast tego dostrzegam kogoś, kogo za nic bym się w tym miejscu nie spodziewał. Wprawiając mnie tym niemal w osłupienie. Przy jednym ze stolików, znajdowała się Alice w towarzystwie jakiegoś nieznanego mi mężczyzny. Domyślam się, że pewnie jej narzeczonego, który dopiero w tym momencie stał się dla mnie realny. Widziałem, jak na nią patrzył, jak dotykał jej dłoni leżącej na stoliku, co przyprawiało mnie o olbrzymią falę zazdrości. 
Alice wydawała się miło spędzać z nim czas. Choć nie widziałem jej twarzy, wyglądała na zrelaksowaną i beztroską. Moja Alice, która nie chciała mieć ze mną nic wspólnego.
Nie mogłem znieść tego, że ktoś zajął moje miejsce. To ja powinienem być na jego miejscu. Zaciskam dłonie z całej siły w pięści, starając się pohamować swoją zazdrość. Przypominając sobie, że nie jestem tu przecież sam. Modliłem się, aby tylko Colleen niczego nie zauważyła, a zwłaszcza, aby nie rozpoznała Alice. Nie chciałem dać jej kolejnych powodów do kłótni i podejrzeń. Ten wieczór i tak zapowiadał się wystarczająco fatalnie. 





Po przywitaniu się z przyjaciółmi i odebraniu przez kelnera naszego zamówienia. Staram się skupić na trwającej przy stole rozmowie, ale na nic się to nie zdawało. Poza parą siedzącą kilka metrów ode mnie, aktualnie nic innego mnie nie interesowało. Nie umiałem skupić się na niczym innym. Nieustannie zerkałem w ich stronę. Wpatrując się w odwróconą do mnie plecami Alice. Wciąż nie mającą pojęcia o mojej obecności kilka metrów od niej.





- Zdradzicie nam w końcu, co takiego świętujemy? - Colleen nie potrafiła dłużej wytrzymać w niepewności. Cieszyłem się, że towarzystwo Melanie i Theo w przynajmniej minimalnym stopniu poprawiło jej humor. 
- Jestem w ciąży. Po raz drugi zostaniemy rodzicami - pełen radości i entuzjazmu głos Melanie przywraca mnie do rzeczywistości. Czegoś takiego się nie spodziewałem. 
- To wspaniale. Szczerze wam gratulujemy, prawda? - Colleen patrzy na mnie z wyczekiwaniem. Żądając jednoznacznej odpowiedzi.
- Oczywiście. To wspaniała nowina – mimo wszystko, cieszyłem się ich szczęściem. W pełni na nie zasługiwali. Stanowili wspaniałą rodzinę. Wiele osób mogło brać z nich przykład. 
- Wy też powinniście się o postarać o rodzeństwo dla Sonniego. Na pewno by się ucieszył - w założeniu niewinny komentarz Melanie, wprawia mnie w konsternację, która nie umyka Theo. W końcu jako jedyny, wiedział o moich zmaganiach się z samym sobą i uczuciu, jakim wciąż darzyłem Alice. W dodatku w oczach swojej żony dostrzegam cień smutku i rozczarowania. Świetnie zdawałem sobie sprawę, że marzyła o ponownym zostaniu matką. Od zawsze chciała mieć dużą i szczęśliwą rodzinę. 
- Mel, daj im spokój. Sami powinni podjąć taką decyzję - przyjaciel ratuje mnie z opresji i dalszą dyskusją na ten temat, która mogłaby przybrać dla mnie bardzo nieciekawy obrót. 
- Ale przecież to normalna kolej rzeczy - przyjaciółka posyła mi wymowne spojrzenie. Które utwierdza mnie w przekonaniu, że Colleen zwierzała się jej z naszych niektórych problemów.





Reszta kolacji na szczęście upływa nam w spokoju i miłej atmosferze. Byłem zadowolony z takiego obrotu sprawy. Przynajmniej do momentu, gdy Alice ze swoim partnerem nie kończą kolacji z zamiarem opuszczenia restauracji.
To wtedy na krótki i ulotny moment nasze spojrzenia się ze sobą zetknęły. Przez te kilka sekund, doskonale widziałem szok i strach w oczach Alice, gdy mijała zajmowany przez naszą czwórkę stolik. Kurczowo trzymając się ramienia swojego towarzysza. Zupełnie nie wiedziała, jak ma się zachować. Była zagubiona oraz zawstydzona. Zapewne obawiała się jakiegoś nieprzyjemnego incydentu. Dlatego czym prędzej zniknęła z naszego pola widzenia. Ostatkiem silnej woli, powstrzymałem się przed wybiegnięciem za nią.





- To była ona, mam rację? Twoja kochana Alice. Wszędzie poznałabym ten w założeniu niewinny i poczciwy wyraz twarzy. Słodka i dobroduszna Alice, która zawsze zaopiekuje się twoim narzeczonym - w drodze powrotnej, słyszę pełen wyrzutów głos Colleen, która nie miała żadnego problemu z rozpoznaniem mojej byłej kochanki. Miały w końcu okazję w przeszłości kilka razy się ze sobą spotkać.
- Nie rozumiem, po co ci ta ironia? To chyba nie moja wina, że przypadkiem znalazła się w tym samym miejscu - byłem wykończony dzisiejszym wieczorem. W dodatku wyglądało na to, że czekała na mnie kolejna sprzeczka.
- Aaron, przestań. Jestem pewna, że już wcześniej wiedziałeś, że wróciła. To pewnie stąd to twoje dziwne zachowanie w ostatnich dniach. Romans stulecia znowu odżył? - pyta prześmiewczo. Nie dając za wygraną. Zdecydowanie wypiła o kieliszek wina za dużo.
- Znowu zaczynasz? Ile razy mam ci powtarzać, że między nami od dawna jest wszystko skończone. To ciebie wybrałem - staram się ją przekonać. Choć sam ogromnie żałowałem, podjętej przed laty decyzji.
- Mam ci być za to dozgonnie wdzięczna? To ja byłam do cholery wtedy twoją narzeczoną, a nie ona. O jakim więc mówimy wyborze? Jednak nawet to nie powstrzymało jej przed wskoczeniem ci do łóżka. Mam nadzieję, że kiedyś spotka ją to samo, co mi zrobiła - nie mogłem tego dłużej słuchać. Dlatego z impetem hamuję, zjeżdżając na pobocze. Wolałem nie ryzykować dalszej jazdy w takich emocjach.





- Przestań ją w tej chwili obrażać. Jedyną winną osobą jestem ja. Jeśli kogoś chcesz obwiniać to wyłącznie mnie. Alice została skrzywdzona tak samo mocno, jak ty.
- Jeszcze jej bronisz? Nie dość, że przez cały wieczór gapiłeś się tylko na nią. Na nic innego nie zwracając uwagi. Teraz będziesz mi robił wyrzuty? Gdybyś tylko mógł pewnie w tej chwili już byś z nią był, pieprząc się w jakimś hotelu. W końcu jest o wiele bardziej atrakcyjna. Ona nie urodziła dziecka, nie zarywała dla niego nocy, ani nie podporządkowała mu całego życia. Żyje sobie pewnie jak księżniczka. A ty wcale o niej nie zapomniałeś. Powiedz mi, co takiego ona w sobie ma, że odważyłeś się dla niej wszystko zniszczyć - krzyczy, uderzając z bezsilności w siedzenie.
- Colleen, uspokój się. Może ostatnio nie układa się nam najlepiej, ale to nie jest powód do takich oskarżeń - starałem się ją uspokoić i załagodzić narastający coraz mocniej między nami konflikt.
- W takim razie to udowodnij. Pokaż, że naprawdę mnie kochasz i chcesz ratować to małżeństwo. Jesteś w stanie to zrobić? - czeka z wyczekiwaniem na moją decyzję.
- Niby w jaki sposób? - zastanawiam się. Nie mając pojęcia, o co może jej chodzić. Po dzisiejszym wieczorze sam już nie wiedziałem, co powinienem. Czy walczyć o utraconą miłość do Colleen, starając się na nowo ją pokochać. Czy też o wybaczenie Alice i zaczęcie z nią wszystkiego od nowa. Obydwie opcje były tak samo trudne i być może niemożliwe do zrealizowania. 
- Po pierwsze, wznowimy terapię. Po drugie, postarajmy się o kolejne dziecko. Narodziny Sonnego zbliżyły nas do siebie. To dla nas szansa. Jeśli drugie dziecko nie uratuje naszej rodziny, to już nic nam nie pomoże. Chcę znów poczuć, że mam jakiś cel. Kocham cię, Aaron. Ale nie dam już rady żyć, jak do tej pory - miałem wrażenie, że się zwyczajnie przesłyszałem. W końcu powiększenie naszej rodziny było ostatnią rzeczą na jaką miałem ochotę.